Serce Australii – Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon

Uluru o zachodzie słońca.

Uluru to niewątpliwie jedno z najbardziej rozpoznawanych miejsc w Australii. Ta niesamowita formacja skalna, znajdująca się na Terytorium Północnym w Parku Narodowym Uluru-Kata Tjuta, przez wiele lat uznawana była za największy monolit Świata. Pisząc ten wpis dowiedzieliśmy się dwóch ciekawych rzeczy. Po pierwsze nie jest to największa skała wznosząca się nad lokalnymi płaskimi równinami – większy jest Mount Augustus znajdujący się w Zachodniej Australii. Po drugie, Uluru nie jest nawet monolitem. Okazuje się, że jest częścią, w większości podziemnej, formacji skalnej która ma około 100 kilometrów szerokości i 5 kilometrów grubości.

O zobaczeniu Uluru marzyliśmy już od bardzo dawna. Po ponad roku spędzonym w Australii udało nam się to marzenie zrealizować. Polecieliśmy tam na 4 dni w przerwie pomiędzy świętami Bożego Narodzenia, a Sylwesterm. W Australii jest to środek lata, dlatego wiele osób nas uprzedzało, że może być tam w tym okresie za gorąco i co gorsza muchy nie dadzą nam spokoju. Na wyjazd jednak się zdecydowaliśmy i w ogóle nie żałujemy że w takim właśnie terminie. Gorąco było, to fakt, ale nie tak żeby nie można było wytrzymać. A much praktycznie w ogóle nie było. Nasz 4 dniowy plan zwiedzania wyglądał następująco:

Dzień 1 – przylot z Sydney i zachód słońca pod Uluru

W odległości około 30 km od Uluru znajduje się lotnisko Ayers Rock, do którego dolecieliśmy z Sydney po około 3,5 godziny. Na miejscu nie ma żadnego publicznego transportu więc o ile nie jest się tam ze zorganizowaną wycieczką, raczej konieczne jest wypożyczenie samochodu do zwiedzania i poruszania się. Wypożyczalnia Hertz sprawiła nam bardzo miłą niespodziankę w postaci Mystery Car, którym okazał się być Audi Q7. Więcej na ten temat znajduje się w tym poradniku. Na miejscu wygląda to tak, że wszystkie miejsca noclegowe (resorty, campingi) ulokowane są w miejscowości Yulara, która powstała specjalnie na potrzeby turystów odwiedzających to miejsce. Znajduje się tam także punkt informacyjny, sklep, kilka restauracji, kawiarnia i oczywiście sklep z pamiątkami. Tak więc wszystko jest dostępne na miejscu, trzeba tylko mieć na uwadze to, że ceny są tam wysokie. Yulara oddalona jest o około 5 km od granic Parku Narodowego i o około 20 km od Uluru. Mapka poglądowa z której korzystaliśmy znajduje się tutaj.

Świąteczna wersja centrum Yulary.

Obawiając się upałów w dzień i w nocy, na nocleg wybraliśmy najtańszą możliwą opcję z klimatyzacją (dzielony pokój czteroosobowy) w Outback Pioneer Hotel & Lodge. W pokoju dosłownie znajdowały się tylko 4 łóżka i klimatyzacja, ale nam więcej nie było potrzeba. Większość czasu i tak zwiedzaliśmy, a czas w resorcie spędzaliśmy głównie przy basenie albo w barze. Swoją drogą basen okazał się miłą niespodzianką, rezerwując pokój nie wiedzieliśmy, że tam będzie.

Pokój czteroosobowy w Outback Pioneer Hotel & Lodge

Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy najbardziej polecaną atrakcję, czyli obserwowanie różnych odcieni Uluru podczas zachodu słońca. Na wyznaczone miejsce do oglądania pojechaliśmy odpowiednio wcześnie, żeby mieć pewność, że będziemy mieć najlepszy widok. Udało nam się zająć jedną z platform przygotowaną dla widzów i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy na spektakl. Nie jest to przereklamowana atrakcja bo rzeczywiście wrażenia są niesamowite. Uluru zmieniało swoje barwy od pomarańczowego poprzez czerwony aż do brązowego. Coś pięknego! Ten dzień na zawsze pozostanie w naszej pamięci nie tylko ze względu na niesamowite widoki, ale przede wszystkim dlatego, że od tego dnia jesteśmy narzeczeństwem.

W oczekiwaniu na zachód słońca i jak się później okazało na oświadczyny.

Dzień 2 – wschód słońca pod Uluru, szlak dookoła Uluru, zwiedzanie Kata Tjuty

Zachwyceni zachodem słońca, zdecydowaliśmy się zobaczyć również wschód. Wstaliśmy, wspólnie z parą Chińczyków, z którymi dzieliliśmy pokój, o 4:30 rano i tuż przed wschodem (ok 6:00) czekaliśmy już w odpowiednim miejscu na poranny spektakl. Razem z nami kilka innych samochodów i parę autobusów z wycieczkami. Niestety nie mieliśmy szczęścia, bo chmury zasłoniły szczelnie całe niebo. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Naszym następnym punktem programu było obejście Uluru; ok 10 km do przejścia. Więc im wcześniej zaczniemy szlak, tym szybciej go skończymy, co było dość ważne bo temperatury w południe sięgały 40 stopni.

Panorama Uluru.

Dla nas Uluru to spektakularna skała na środku pustyni. Dla Aborygenów to jednak miejsce święte i niektórych jego części nie wolno było fotografować, o czym informowały tabliczki. Kontrowersyjny okazał się też temat wchodzenia na Uluru. Aborygeni proszą o niewspinanie się na skałę. My postanowiliśmy uszanować ten zakaz, ale są turyści, którzy mają odmienne zdanie. Skała jest podobno dość niebezpieczna we wspinaniu i zdarzają się wypadki śmiertelne. Ostatnio zginął tam 76 letni Japończyk, który jest już 37 ofiarą śmiertelną odkąd w latach 60-tych Uluru dostępne jest dla turystów. Więcej możecie przeczytać tu. Przez to, że wiedzieliśmy, że jesteśmy w świętym miejscu, ale wszystko dookoła było bardzo komercyjne, z przymrużeniem oka porównywaliśmy Uluru do Jasnej Góry.

W czasie trasy widzieliśmy wiele ciekawych formacji skalnych, które jak się później okazało były działaniem sił wyższych. W jednym z takich miejsc spotkaliśmy zorganizowaną grupę z przewodnikiem, który pozwolił nam przysiąść i posłuchać. Opowiadał o tym jak wgłębienia na ścianie są dowodem na istnienie mitycznego potwora. Po drodze pierwszy raz i póki co jedyny, spotkaliśmy jednego z najbardziej jadowitych węży na świecie, a mianowicie Brown Snake’a. Gdy go zobaczyliśmy, zastygliśmy w bezruchu, zrobiliśmy szybkie zdjęcie i zdecydowaliśmy się jednak pójść inną ścieżką.

Uluru to nie jedyna skała w regionie. Inną formacją jest Kata Tjuta, którą postanowiliśmy zwiedzić po południu i zobaczyć czy przybiera takie same kolory w czasie zachodu. W trakcie jazdy na miejsce zaczęło bardzo mocno padać i szybko zrozumieliśmy czemu przy drodze znajdują się 2 metrowe miarki wody. Spalona słońcem ziemia nie wchłaniała wody, która zbierała się postaci dużych kałuż. Już myśleliśmy, że nici z pieszej wycieczki, a co dopiero z zachodu słońca. Gdy dojechaliśmy na miejsce zobaczyliśmy coś, czego się w ogóle nie spodziewaliśmy. Woda zebrała się szczycie skał Kata Tjuty i zaczęła spływać w dół tworząc strumyki i wodospady. Wkrótce deszcz przestał padać, a spektakl się skończył. Mieliśmy niesamowite szczęście, że dojechaliśmy tam dokładnie w idealnym momencie. Trochę się rozpogodziło, więc poszliśmy się przejść. W odróżnieniu od Uluru, gdzie chodzi się po utwardzonej ziemi, tam chodzi się po skałach. Można dzięki temu znaleźć sobie miejsce, gdzie wszystko dookoła jest pomarańczowe i poczuć się jak na Marsie.

Dzień 3 – Kings Canyon

To była nasza najdalsza wycieczka podczas tej podrózy. Kings Canion od naszego resoru oddalony był o około 300 km, a podróż według map Google miała zająć 4 godziny. Wstaliśmy więc znów przed wschodem słońca i przed 5 rano byliśmy już w trasie. Jechaliśmy typową drogą na outback’u – czerwona ziemia z każdej strony, długie proste odcinki i porzucone samochody przy drodze. Domyślamy się, że ludziom, którym zepsuło się stare auto pośrodku niczego nie opłaca się już go naprawiać, a tym bardziej sprowadzać tam lawety. Pozostawiają je więc przy drodze i stają się one częścią krajobrazu. W czasie trasy kilka razy zatrzymywaliśmy się na robienie zdjęć. Udało nam się nawet spotkać dzikie wielbłądy, które przebiegały drogę!

Dzień wcześniej sprawdziliśmy dostępne szlaki w tym miejscu i zdecydowaliśmy, że chcemy przejść 6 kilometrowy Rim Walk wokół kanionu. Na miejsce dojechaliśmy o 9. Na parkingu, gdzie zaczynały się wszystkie szlaki stało już dużo samochodów. Zanim zaczęliśmy naszą trasę postanowiliśmy jeszcze raz sprawdzić jak ona przebiega na dużej mapie ze szlakami przy parkingu. Gdy tak staliśmy przy mapie, podeszła do nas pani strażnik i powiedziała nam, że szlak który chcemy zrobić jest już od 4 minut zamknięty, ale jak wyjdziemy teraz to możemy jeszcze iść (szlak jest zamykany ze względu na wysokie temperatury panujące w tym okresie). Tak więc byliśmy ostatnimi osobami, które tego dnia chciały przejść tę trasę. I całe szczęście, że nam się udało! Bardzo byśmy żałowali, gdybyśmy dojechali trochę później i nie byłoby już możliwości jej przejścia. Najcięższym odcinkiem na szlaku jest jego początek, kiedy trzeba pokonać około 500 stromych, kamiennych schodów, ale jak to było napisane w przewodniku „once you are up there it will be one of the most magical experiences of your life”. Trasa była przepiękna, czerwone skały z każdej strony i ogrom kanionu robiło niesamowite wrażenie. Przed południem, czyli mniej więcej w połowie trasy, zrozumieliśmy dlaczego szlak jest zamykany. Zrobiło się niesamowicie gorąco i cieszyliśmy się, że najcięższe odcinki pod górę są już za nami. Ukojeniem od lejącego się żaru z nieba okazał się Garden of Eden. Nazwa na pewno nie jest przypadkowa. Bujna zielona roślinność na tle czerwonych skał wyglądała imponująco.

Ciekawym i dość niespodziewanym punktem była w pewnym momencie bramka, którą teoretycznie dało się otworzyć tylko z jednej strony. Teoretycznie, bo praktycznie można było ją ominąć i przejść obok, albo bez problemu otworzyć z drugiej strony. Miała ona niby chronić przed robieniem tego szlaku w odwrotnym kierunku.

Pomimo tego, że trasa nie była ani trudna ani długa, pod koniec, z powodu nasilającego się gorąca, chcieliśmy się jak najszybciej już znaleźć w naszym samochodzie z klimatyzacją. Zanim wróciliśmy na parking musieliśmy pokonać jeszcze małą rzekę.

W drodze powrotnej zajechaliśmy do Kings Canyon Resort na obiad. Burgery, które tam zamówiliśmy były najlepszymi burgerami jakie w życiu jedliśmy, pobiły nawet te w Grillburgerze na Popowickiej we Wrocławiu 😉 Jak wracaliśmy natrafiliśmy na burzę i ulewny deszcz. Na drodze momentalnie zaczęła się zbierać woda. Całe szczęście, że nie byliśmy już w na szlaku. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że dwa dni po tym jak przeszliśmy tę trasę, ktoś tam zginął od uderzenia piorunem. 

Dzień 4 – wschód słońca pod Uluru i powrót do Sydney

Lot powrotny mieliśmy o godzinie 13. Zdecydowaliśmy się więc powtórzyć poranek z dnia drugiego i zobaczyć wschód pod Uluru. Znowu nie mieliśmy szczęścia. Do tego zaczęło padać. Ze skały zaczęły spływać strumienie wody, ale nie były równie spektakularne jak na Kata Tjucie.

3 komentarze

  1. Szymon Zieliński
    23 sierpnia 2018
    Odpowiedz

    PIerwszy 😀

  2. Anna
    24 sierpnia 2018
    Odpowiedz

    Zobaczyliście już tak dużo, Cieszę się, że podróżujecie. Może znajdziesz Maćku odpowiedzi na niektóre Twoje pytania. Pozdrawiam.

  3. Grażyna
    12 września 2018
    Odpowiedz

    Piękne przeżycia!!!!!Widoki zapierają dech w piersi.Podziwiam, gratuluję i proszę o więcej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *