Gibb River Road. Najpiękniejsza trasa 4×4 w Australii?

Wyruszając na Gibb River Road wiedzieliśmy o niej tyle:

  • jest to jedna z najpopularniejszych tras 4×4 w Australii w samym sercu regionu o nazwie Kimberly;
  • jej długość to 660 km w większości szosowej drogi (coś jakby jechać w Polsce od gór do morza i asfalt mieć tylko przez pierwsze i ostatnie 20 km i czasami po drodze na jakiś wzniesieniach);
  • wybudowana została w 1960 roku w celu transportu bydła z odległych stacji;
  • jest otwarta tylko w czasie pory suchej od kwietnia do października;
  • po drodze są tylko 2 stacje benzynowe z drogim paliwem;
  • że będą rzeki do pokonania

Czego nie wiedzieliśmy:

  • ile dni tam spędzimy (zakładaliśmy, że pomiędzy 6 a 10 dni);
  • ile i jak głębokie będą rzeki do pokonania;
  • gdzie będziemy spać;
  • czy będzie jakikolwiek kontakt ze światem (zasięg w telefonie)

Czego się spodziewaliśmy:

  • pięknej i widowiskowej trasy wśród kanionów;
  • krokodyli słodkowodnych przy każdej rzece 😉

Dzień 1 – Kununura do El Questro

Chcąc przejechać Gibb River Road ze wschodu na zachód ostatnim miejscem do zrobienia zapasów jest małe miasteczko Kununurra. Można tam znaleźć duży market i stację paliw. Nie wiedząc czego się spodziewać, nakupowaliśmy zapasów na najbliższe 10 dni. Po godzinie 15 byliśmy już w drodze, podczas której otaczały nas przepiękne kaniony. Jeszcze przed zachodem słońca dojechaliśmy do naszego pierwszego przystanku – El Questro. Przed samym El Questro zostaliśmy zaskoczeni dwoma przeprawami przez rzeki. Były one głębsze i większe niż wszystkie z którymi musieliśmy się zmierzyć jadąc Savannah Way.

Dzień 2 – El Questro

El Questro to prywatna posiadłość o powierzchni „tylko” 4000 km2, na której znajdują się przede wszystkim przepiękne kaniony i wąwozy. Ciekawe jest, że nikt nie wie, czemu posiadłość nosi tę latynosko brzmiącą nazwę. Do zwiedzania terenu potrzebne jest tygodniowe pozwolenie za $20 od osoby lub jednodniowe za $12.

Pierwszą zaplanowaną atrakcją były gorące źródła – Zebedee Springs. Z jakiegoś powodu czynne są tylko od 7 do 12. Tak więc wstaliśmy wcześnie i już o 8 pluskaliśmy się w ciepłym (32 stopnie) strumyku poprzecinanym wodospadzikami i otoczonym palmami. Po godzinie odkryliśmy, że razem z nami w wodzie pływają małe (2-3cm) pijawki. To odkrycie skutecznie zniechęciło nas do dalszej kąpieli.

Zedebee Springs

Następnym punktem dzisiejszego dnia był kanion El Questro. Niestety dzieliła nas od niego głęboka rzeka nie do pokonania naszym samochodem. Tak więc złapaliśmy stopa 🙂 Kanion okazał się być jednym z najpiękniejszych miejsc w jakim byliśmy. Szliśmy wzdłuż wysokich na dziesiątki metrów skalistych pomarańczowych ścian oddalonych od siebie o jakieś 20 metrów. Im dalej tym ściany coraz bardziej się do siebie zbliżały. Po środku płynął strumyk, po którym musieliśmy iść wgłąb kanionu. Początkowo było wystarczająco miejsca, żeby rosły duże palmy, później już tylko paprocie porastały skały. Skakaliśmy po skałach w strumieniu przez godzinę, aż doszliśmy do małego zbiornika wodnego głębokiego na 2 metry, który rozciąga się na całą szerokość kanionu (6-7 metrow). Za zbiornikiem zaklinowana była skala na którą trzeba się było wspiąć wyskakując z wody. Nie było innej drogi dalej. Nie byliśmy przygotowani na taką przeprawę.

Nie było już czasu robić innego szlaku więc wróciliśmy na kemping odpocząć. Zachód słońca oglądnęliśmy z pobliskiego Pigeon Hole Lookout. Znowu musieliśmy przeprawić się przez rzekę, żeby się tam dostać. W drodze powrotnej niestety źle skręciliśmy i dodaliśmy sobie 20 minut jazdy. Wystarczyło żebyśmy musieli przejechać rzekę po ciemku. Dzisiaj w El Questro Pizza Night 🙂 Jedna z lepszych jakie jedliśmy w Australii. Ze sceny grał lokalny muzyk. Tak jak wczoraj zorganizował konkurs „orzeł czy reszka”, w którym można było wygrać jego płytę. Tym razem Oli się poszczęściło i wygrała. Jak skończył grać poprosiła go o autograf. Mieliśmy szczęście bo właśnie kończył swoją 5 tygodniowa przygodę z El Questro.

Dzień 3 – El Questro do Marta’s Lookout

Opuszczając El Questro zwiedziliśmy jeszcze wąwóz Emmy (Emma Gorge). Tym razem doszliśmy do końca trasy, gdzie ściany połączyły się. Z góry kapała woda, wszystko było porośnięte paprociami, a u podnóża jeziorko z krystalicznie czystą i zimną wodą.

Krótko po wyjechaniu z terenów El Questro droga z asfaltowej przerodziła się w szutrową. Przejechaliśmy już wiele kilometrów po takich drogach więc wiedzieliśmy czego mniej więcej się spodziewać. Ta jednak była w chyba najgorszym stanie ze wszystkich. Przez chwilę zaczęliśmy się nawet zastanawiać czy to dobry pomysł, żeby jechać dalej. W czasie jazdy nagle coś zaczęło strasznie stukać. Zatrzymaliśmy się i okazało się, że śrubka trzymająca tylne okno odkręciła się i szyba prawie wyleciała. Jadąc po wertepach strasznie trzęsie i przez to różne rzeczy się odkręcają, jak właśnie śrubki lub np. słoiki z ogórkami. Na szczęście śrubki z zestawu do GoPro pasowały idealnie 🙂 Na noc zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym – Marta’s Lookout.

Latająca szyba naprawiona śrubką od GoPro.

Dzień 4 – Marta’s Lookout do Frog Campground

Ola obudziła się w czasie wschodu słońca. Ja krótko po niej obudzony słowami „zobacz jaki piękny wschód słońca”. Przy śniadaniu mieliśmy okazję porozmawiać z kierowcą lawety, która się akurat koło nas zatrzymała. Dowiedzieliśmy się, że ściągnięcie samochodu z najdalszego punktu na Gibb River Road może wynieść nawet $5000. „So don’t break down!” kierowca rzucił na odchodne.

Po przejechaniu 300 km zatrzymaliśmy się w na tankowanie w stacji Mt Bennet. Paliwo jest tam 50% droższe ($2.15 za litr 91. W Australii na stacji można kupić 91, 95, 98), a musieliśmy zatankować do pełna. Na stacji wisiała kartka, że można tam kupić orzechy baobabu, ale na pytanie co to są orzechy babobabu pani za ladą odpowiedziała, że to „takie orzechy które rosną na baobabie”. Jakie pytanie taka odpowiedź. Później dodała, że są duże i aborygeńscy artyści w nich rzeźbią. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze wąwóz Galvana (Galvans Gorge).

Galvans Gorge

Na kemping wybraliśmy miejsce oddalone o 20 km o nazwie Frog Campground. Byliśmy tam prawie sami. Szybko zdecydowaliśmy się na ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna. Nie bez powodu miejsce to ma w swojej nazwie Frog. Żabi koncert towarzyszył nam przez cały czas.

Dzień 5 – Frog Campground do Lennard River Reststop

Na dzisiaj zaplanowaliśmy zwiedzanie wąwozu Bella (Bell Gorge). Okazał się inny niż wszystkie które już zobaczyliśmy. Trasa zaczynała się na górze i trzeba było ostro zejść po skałach na sam dół. Nie było też bujnej roślinności. Tylko skały i woda. Razem z nami było tam kilka osób. Miedzy innymi para z 6 miesięcznym bobasem, który spał sobie spokojnie malutkim hamaku przywieszonym do skały. Trochę popływaliśmy i ruszyliśmy dalej. Kemping znaleźliśmy przy drodze. Kiedy już zrobiło się ciemno mieliśmy jedną z najlepszych nocy do oglądania gwiazd. Żadnych chmur, ani świateł, ani księżyca. Idealne warunki.

Dzień 6 – Lennard River Rest Stop do Derby

Dzisiaj już przed 8 byliśmy w drodze. Dojechaliśmy do Windjana Gorge i ochoczo ruszyliśmy w trasę (8:45). Po drodze zobaczyliśmy nasze pierwsze słodkowodne krokodyle, które wylegiwały się w słońcu. Jak w przypadku innych wąwozów, spodziewaliśmy się że na końcu 3,5 km szlaku będą przepiękne skały i jeziorko w którym można popływać i się ochłodzić. Jakież było nasze zdziwienie kiedy po godzinie drogi zobaczyliśmy tabliczkę „koniec szlaku”. Czuliśmy się jakby nam ktoś przerwał film w połowie. No cóż, trzeba było wrócić. Mogliśmy podejść 10 min od parkingu, zobaczyć ściany wąwozu i krokodyle i mielibyśmy ten sam efekt.

Następnym celem był Tunnel Creek – jaskinia dostępna do swobodnego zwiedzania. Wyposażeni w latarki rozpoczęliśmy eksplorację. Szło się około 20 min w jedną stronę i były momenty całkowitej ciemności. Na sklepieniu odpoczywały nietoperze, a idealnie spokojna tafla wody tworzyła lustrzane odbicie.

Gibb River Road zaliczone! Tego dnia nie dojechaliśmy do Derby, żeby nie płacić za camping w mieście. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy drodze 30 km przed miastem.

Następnego dnia w Derby widzieliśmy jeszcze jedno miejsce godne uwagi. Przed wjazdem do miasta można zobaczyć Boab Prison Tree. Zanim Derby zostało założone w 1883 roku, Aborygeni byli porywani z zachodniej części Kimberley i sprzedawani do pracy na łodziach poławiaczy pereł. Do Boab Prison Tree więźniowie byli przywiązywani w oczekiwaniu na dalszy transport.

Nasze przemyślenia

Czy pojechalibyśmy jeszcze raz tą drogą? Raczej nie. Oczekiwaliśmy trochę więcej po trasie, która otrzymała nieoficjalne miano najpiękniejszej trasy 4×4 w Australii. Tak naprawdę najlepsze atrakcje do zwiedzania były na samym początku i pod koniec, czyli spokojnie można było zobaczyć wszystko co opisaliśmy powyżej, a resztę przejechać alternatywną trasą asfaltową Great Northern Highway. Jest ona dłuższa, ale po drodze można zobaczyć m.in. piękną formację skalną Bungle Bungle w Parku Narodowym Purnululu oraz Wolfe Creek Crater czyli ogromny, przepięknie zachowany krater po uderzeniu meteorytu ponad 300 000 lat temu. No cóż, następnym razem 🙂

7 komentarzy

  1. Grażyna
    16 września 2018
    Odpowiedz

    Wiecie,że jestem panikara.Ciarki po mnie przeszły jak to przeczytałam. Pozwolicie,że będę oglądała zdjęcia,ale czytać co i gdzie robiliście, w jakich jaskiniach na kilkadziesiąt metrów byliście już nie. Zwyczajnie martwię się o Was. Koniec kropka.Zwiedzajcie i wracajcie w bezpieczne miejsce!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!:););)

    • Trochę dalej
      16 września 2018
      Odpowiedz

      Nie masz się co martwić. Może tego nie widać na zdjęciach, ale dokoła nas zawsze są inni turyści, tak jak było opisane wyżej nawet z 6 miesięcznymi bobasami. Zwiedzanie Australii jest bardzo bezpieczne. Wszystkie szlaki są doskonale przygotowane i opisane.

  2. ANNA
    16 września 2018
    Odpowiedz

    Piękna wycieczka z krajobrazami wartymi zobaczenia. Jeszcze dużo wrażeń Wam życzę .

  3. Konrad
    16 września 2018
    Odpowiedz

    Słoiki z ogórkami 🙂 A są sklepy z ptasim mleczkiem po drodze, czy ciągnięcia z Sydney?

    • Trochę dalej
      17 września 2018
      Odpowiedz

      Ptasie mleczko skończyło się już w Newcastle 🙁

  4. Ewa
    17 września 2018
    Odpowiedz

    Polish sausage smakują jak te w Polsce?
    Czarne papugi jak australijskie kruki 🙂
    Podziwiam, że jesteście tak blisko dzikiej natury!
    Może kiedyś też poznam Adama, Bartka i Czarne 🙂

    • Trochę dalej
      17 września 2018
      Odpowiedz

      Akurat tę kiełbasę ze zdjęcia trzeba dobrze wysmażyć, żeby była zjadliwa, ale da się kupić inną, dobrą smakującą jak w Polsce.
      Dopóki wiemy, że otaczająca nas natura i zwierzęta są niegroźne to się cieszymy, że jesteśmy tak blisko 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *